5i50100

Strona z moim pisaniem @ Konstanty Młynarczyk

To, co najważniejsze

leave a comment »

Mój drogi Frodo!

Chociaż opowieść, którą słyszałeś ode mnie tyle razy jest prawdziwa, muszę ci wyznać, że nie zawiera całej prawdy… Dziś, kiedy czuję zbliżający się kres moich dni, przyszła pora, żebyś dowiedział się wszystkiego, co dotąd przed tobą ukrywałem.

Trudno mi to wyznać, choć jak zobaczysz, nie jest to największy z moich powodów do wstydu: nie było żadnego czarodziejskiego pierścienia. To przykre, prawda? Od czasów, kiedy Ostatnie Przymierze pokonało Nieprzyjaciela i Isildur zniszczył w ogniu Orodruiny Pierścień Władzy, zaś większość elfów pożeglowała na Zachód, nie zostało nam już zbyt wiele magii w Śródziemiu… Choć wszyscy wciąż za nią tęsknimy. Kiedy wziąłem się za spisywanie opowieści wydało mi się świetnym pomysłem, żeby uzupełnić ją o trochę czarów… Dużo później zrozumiałem, że pomysł, choć rzeczywiście świetny, wcale nie był mój.

To Czarodziej podsunął mi go, tak jak on to potrafi: tu uwaga, tam zdanie, gdzie indziej sugestia i ani się spostrzeżesz jak „wymyślasz” genialne rozwiązanie, zachwycony swoją pomysłowością i  inteligencją!

Na pociechę mam świadomość, że nie ja jeden dawałem się wodzić za nos. Taki Thorin chociażby. Ani on, ani żaden z uchodźców spod Samotnej Góry przez dziesięciolecia nie ruszył palcem, żeby podjąć próbę odzyskania dziedzictwa. A tu proszę, nie mijają dwa tygodnie od przypadkowego spotkania z Czarodziejem i nagle – bach! – organizujemy wyprawę na Erebor!

Tak więc, nie było pierścienia… Cała reszta jednak wydarzyła się naprawdę. Ocaliłem krasnoludy od pewnej śmierci w pajęczych sieciach w Mrocznej Puszczy. Wyciągnąłem je z ciemnych lochów pałacu Thranduila. Zakradłem się do legowiska Smauga i wyniosłem stamtąd Arcyklejnot. Zastanawiasz się pewnie, drogi Frodo, jak dokonałem tego wszystkiego, skoro nie mogłem znikać na zawołanie? Duma kazałaby mi odpowiedzieć, że po prostu nieprzeciętnie dzielny i zręczny ze mnie hobbit, jednak jestem już za stary, żeby słuchać się dumy. Teraz pora na prawdę. A prawda jest taka, że za wszystkimi tymi czynami stał Czarodziej. Wysłał nas na tą wyprawę, a potem delikatnie popychał kiedy utknęliśmy, kierował na właściwe ścieżki gdy wybieraliśmy się w złym kierunku, chronił, kiedy zagrażało nam niebezpieczeństwo.  Zawsze był gdzieś w pobliżu, nawet jeśli wydawało się inaczej, stale pilnując realizacji swojej intrygi i wspierając mnie, swojego… No i widzisz, nie wyjaśniłem tego jeszcze! Na starość nawet dar opowiadania historii wydaje się mnie opuszczać. Chociaż, może po prostu mi wstyd? Cóż, pewnie i tak już się domyślałeś. Czarodziej potrzebował wewnątrz kompanii krasnoludów kogoś, kto będzie pilnował jego interesów i to właśnie ja byłem tym kimś.

Zastanawiasz się pewnie Frodo dlaczego właśnie hobbit? Bystry z ciebie młodzieniec, więc na pewno rozumiesz, że do kompanii nie mógłby dołączyć ani elf, ani człowiek. Krasnoludy słyną z nieufności wobec obcych – długouchych nienawidzą szczerze i serdecznie, a ludzi mając za niewiele lepszych. Nie mógł to być też krasnolud, bo swoi za nic nie złamaliby lojalności wobec Thorina, a Thorin za nic nie zaufałby nikomu spoza jego klanu. No a taki hobbit… Czymże dla krasnoluda jest hobbit? Dobroduszny, niezgrabny, naiwny i nieporadny, zagubiony i zależny od nich. Nieufność rodzi się z obawy, a powiedz chłopcze, czy nas można się bać? Śmiali się ze mnie, najpierw z lekką kpiną i wyższością, potem trochę współczująco, wreszcie z sympatią. Polubili mnie. Mi starczyłoby tyle, ale Czarodziej… O, Czarodziej niczego nie zostawia przypadkowi. Dlatego oprócz sympatii musiałem mieć też ich szacunek.

To przykre wspomnienie. Zdobywając szacunek w oczach Thorina i jego towarzyszy jednocześnie traciłem go we własnych, tak jak za chwilę stracę i w twoich, drogi Frodo. Oszukiwałem ich. Bez magicznego pierścienia nigdy nie poradziłbym sobie z pająkami – pomagał mi Czarodziej. To Czarodziej zawarł umowę z Thranduilem i kiedy kompania krasnoludów siedziała w lochach o chlebie i wodzie, mnie Elfy gościły w wygodnej komnacie i karmiły dobrze, a kiedy minął określony czas, dały mi klucze do cel i wskazały drogę do piwnicy, skąd spławiano beczki. Także i do leża śpiącego Smauga szedłem pod ochroną zaklęcia Czarodzieja.  Oszukiwałem ich, cały czas.

Wracam do pisania po chwili przerwy. Musiałem zebrać siły, żeby opowiedzieć ci co było dalej, gdyż tu Bilbo-oszust zamienia się w Bilba, który sprowadza śmierć. Czarodziej dał mi dokładne wskazówki i dopilnował, żebym nauczył się na pamięć tego, co mam powiedzieć… I powiedziałem! Trzęsąc się z wcale nie udawanego przerażenia „wyznałem” grożącemu mi Smaugowi, że to łakomi na jego skarby ludzie z Esgaroth przysłali mnie na przeszpiegi, żebym sprawdził, czy osłabł i zniedołężniał, albo może już nie żyje, jak głoszą plotki. Wiedziałem, jaka będzie jego reakcja, ale wierzyłem przecież Czarodziejowi! A ten zapewnił mnie, że w Mieście na Jeziorze czeka już niezawodny łucznik z mocnym łukiem i pewną strzałą, który dokładnie wie, gdzie trzeba trafić smoka i który zabije go, jak tylko podstępem skłonię gada do opuszczenia Góry. Och, Frodo, jakże byłem naiwny! Naiwny i głupi. Powinienem był pomyśleć, że nie tak opowiada się historie. Nie tak buduje legendy! Miasto musiało spłonąć, by Bard, któremu Czarodziej obiecał zwrot dziedzictwa jego ojców mógł wznieść się do władzy na fali gniewu i rozpaczy ocalałych mieszkańców. Musiało spłonąć i spłonęło – a ja byłem tym, który sprowadził na nie ogień i śmierć. Kiedy o tym usłyszałem, żałowałem każdej chwili mojego życia, która do tego doprowadziła. Miałem tylko nadzieję, że na tym moja rola się skończy, ale nic nie zostało mi oszczędzone. Widzisz mój Frodo, musiałem zdobyć zaufanie krasnoludów, bo od początku byłem dla Czarodzieja czymś na kształt ubezpieczenia. Parasolem zabranym na spacer w słoneczny dzień, na wypadek, gdyby mimo wszystko miało padać. Po śmierci Smauga Thorin poczuł się Królem Pod Górą, a parasol stał się potrzebny.

Tu chyba pora drogi chłopcze, żebym wyjaśnił, czemu Czarodziej postanowił, że Erebor musi zostać odzyskany. Wcale nie dla legendarnych bogactw zalegających w podziemnych salach Góry – są prostsze sposoby na zdobycie złota i klejnotów niż zabijanie smoka, palenia miasta i koronowania królów! On potrzebował precyzyjnych kół zębatych, tulei i tłoków, śrubek i łożysk, do produkcji których trzeba było najwyższej klasy specjalistów, dysponujących gromadzoną od pokoleń wiedzą, pracujących w doskonalonych przez wieki warsztatach. Trzeba było krasnoludzkich mistrzów z Samotnej Góry. Oni żyli, pracowali, byli jednak rozproszeni, a Czarodzieja nie interesowało „trochę” tych śrubek i łożysk. On chciał ich tysiące. Musiał więc odtworzyć Królestwo Pod Górą i posadzić na jego tronie kogoś, kto zrealizuje jego zamówienie. Na moje nieszczęście, na sam koniec jego plan zawiódł.

Thorin nie chciał produkować dla Czarodzieja kół zębatych i tłoków, niezależnie od tego, jakiej ceny by za nie nie dostał. Bo czy zębatki i tłoki mogą przynieść Ereborowi chwałę i sławę? O mithrilowe zbroje z kuźni khazadów wszczynano wojny, oprawiane przez krasnoludy klejnoty budziły pożądanie i burzyły spokój nieśmiertelnych, a tu – śruby i zębatki?!

Nie pomógł dar przekonywania Czarodzieja, a użycie Arcyklejnotu jako karty przetargowej tylko pogorszyło sytuację. Thorin musiał zostać zastąpiony kimś innym, a to wymagało rozpętania wojny. Zaś ja… Och, uwierz mi Frodo, tyle razy pytałem, czy nie ma innego wyjścia! Prosiłem! Ten dumny, uparty krasnolud był przecież moim towarzyszem. Był… był moim przyjacielem. Ale plany Czarodzieja muszą działać gładko, niczym jeden z jego mechanizmów. Precyzyjnie, dokładnie.  Nieubłaganie.

Czarodziej przewidział, że Thorin może mieć własne zdanie i miał mającą położyć kres jego panowaniu wojnę w rękawie, przygotowywaną na wszelki wypadek od dawna, a teraz gotową do rzucenia na stół. I miał mnie, szykowanego do tego samego celu.

Kiedy wybuchła bitwa, widząc jak wielka jest przewaga goblinów myślałem wpół z rozpaczą a wpół z nadzieją, że Król Pod Górą nie ma szans wyjść z tej bitwy żywy. Jednak, ku mojej dumie i radości, ale i przerażeniu, wydawał się być nietykalny, przebijając się przez zastępy zielonoskórych, niczym bohater starożytnych legend. Lecz tak naprawdę nie był nietykalny. Przecież wystarczyłoby, żeby źle stanął, poślizną się albo, powiedzmy, gdyby rzucony przez kogoś kamień trafił go od tyłu w jakieś nieosłonięte miejsce… Wystarczyłaby utrata koncentracji, sekunda nieuwagi, zgubiony rytm i już któreś z goblinich ostrzy zdołałoby przebić się przez jego obronę. A potem następne, i następne, i następne… Och, Frodo… On zginąłby w tej bitwie, nawet gdyby nie tamten feralny kamień! Zginąłby i tak…! Ale przecież Czarodziej niczego nie pozostawia przypadkowi…

Thorin wybaczył mi, nim odszedł. Gdy leżał umierający, coś we mnie pękło i przez łzy wyznałem mu wszystko, na koniec opowiadając, jak Czarodziej zmusił mnie do odegrania mojej roli: opowiedziałem o obrazach w głębi mrocznej, magicznej kuli ukazujących spustoszone pola i ogrody Shire, zatrute rzeki i powietrze gęste od dymu z pieców opalanych wyciętymi drzewami. O hobbitach zmienionych w niewolników złota i władzy, zdeprawowanych, podłych i okrutnych. Wiedziałem, że Czarodziej potrafi zrealizować tą wizję. I że nie będzie miał żadnych oporów, żeby to zrobić, jeśli mu odmówię…

Thorin słuchał mnie uważnie, a potem spojrzał gasnącymi oczami w moje oczy. „Jakże jesteśmy podobni, mości hobbicie – wyszeptał z trudem – i ty i ja, tak samo gotowi zrobić wszystko, żeby chronić to, co dla nas najcenniejsze. Nawet gdy  zrobić trzeba rzeczy niekoniecznie dobre” Uśmiechnął się do mnie, resztką sił. „Mimo to świat byłby lepszy, gdyby było na nim więcej takich jak ty… Wspomnij mnie czasem, paląc fajkę, przy płonącym kominku i filiżance herbaty. Wybaczam ci.” Tak odszedł prawdziwy Król Pod Górą. I mój prawdziwy przyjaciel.

Dalej wszystko poszło tak, jak Czarodziej zaplanował. Dain zmienił Erebor w nigdy nie zasypiający, huczący warsztat, w którym krasnoludy produkowały precyzyjne części z wyrafinowanych stopów, Bard władał Dale, które rozkwitło dzięki handlowi z Samotną Górą, a elfy Thranduila odeszły w swoje dzikie ostępy zabierając ze sobą mieniące się światłem gwiazd klejnoty, których tak pragnęły. Wciąż nie rozumiem, po co Czarodziejowi były wszystkie te kółka, śrubki i tuleje – powiedział mi tylko, że robi PRZEMYSŁ w Gondorze, cokolwiek by to miało znaczyć. W każdym razie, ten PRZEMYSŁ musiał iść doskonale: słyszałem, że już kilka lat po naszej wyprawie Balin z kompanią ruszyli odzyskać Morię, bo krasnoludy z Ereboru nie nadążały z realizowaniem zamówień.

Ja tymczasem mój chłopcze powróciłem tu, do Bag End, wioząc ze sobą ciężką skrzynkę złota i jeszcze cięższe wspomnienia. W miarę, jak płynęły spokojne, słoneczne i dostatnie dni w Shire, złota ubywało a wspomnienia stopniowo przemijały, odchodziły… Ale dziś, choć skrzynia jest niemal pusta, moje serce znów wypełnia żal, smutek i wyrzuty sumienia które powróciły cięższe niż kiedykolwiek dotąd. Nic nie zmieni tego, co już się stało i jedyne, co teraz mogę…

– Frodo! – Frodo drgnął, niczym uczeń przyłapany na ściąganiu, w ostatniej chwili zwalczając odruch nakazujący schowanie trzymanej w ręku kartki za siebie – Tu jesteś, wszędzie cię szukam! W czym się tak zaczytałeś?

W okrągłych drzwiach norki stał ubrany w elegancki surdut wysoki starzec o surowej twarzy, okolonej starannie przystrzyżoną białą brodą.

– Nic takiego… Robiąc porządki na sekreterze znalazłem pożegnalny list wuja Bilba. Całkiem o nim ostatnio zapomniałem, a to przecież za niecały tydzień będzie trzeci rok, odkąd umarł… Tyle się tu zmieniło od tego czasu!

– Dobry był z niego hobbit, szkoda, że nie ma go już z nami – starzec pokiwał głową ze smutkiem – Na pewno nie miałby ci za złe, że nie myślisz o nim tak często, jesteś przecież zajęty. No i byłby dumny, że mimo młodego wieku wykazałeś tyle zalet, żeby zostać moim pomocnikiem!

– Bardzo się staram… Czy czytałeś ten list? Jest w nim trochę rzeczy, które nie do końca rozumiem, także o tobie. Może…

– Nie, nie czytałem i na twoim miejscu nie kłopotałbym się zbytnio próbami znalezienia sensu w pisaninie Bilba – na starość coraz mocniej zaczęło mu się mieszać w głowie. Pamiętam, że kiedy z nim rozmawiałem ostatni raz zupełnie gubił się w tym, co było naprawdę, a co sam sobie wymyślił… – starzec zapatrzył się w okno. – No, ale dość tego gadania, tereny pod nową przędzalnię nie wytyczą się same, a trzeba jeszcze sprawdzić, czy w papierni i tartaku wszystko w porządku! Obiło mi się o uszy, że wdowy po nieszczęśnikach którzy zginęli w tamtej eksplozji kotła buntują pracowników… Chyba trzeba będzie porozmawiać poważnie z tym i owym i poprzemawiać tym hobbitom do rozsądku! – Poprawił monokl i dziarskim krokiem ruszył ku drzwiom.

Frodo starannie poskładał trzymaną w ręku kartkę i z lekkim westchnieniem odłożył ją na miejsce. Wyjął z kieszonki kamizelki elegancki zegarek pierwszorzędnej Gondorskiej roboty i aż skrzywił się, kiedy zobaczył, jaką godzinę pokazują wskazówki.

– Masz rację, Sarumanie, nie ma co wracać do przeszłości. Chodźmy, przyszłość czeka!

Co o tym sądzisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: