5i50100

Strona z moim pisaniem @ Konstanty Młynarczyk

[Work-in-progress] Dzień słońca

leave a comment »

Król obudził się samotny w ciemności i zrozumiał, że wszystko stracone. To był szósty miesiąc wojny, która miała skończyć się w dwa tygodnie. Szósty miesiąc ciężkich, krwawych walk bez wielkich czynów, chwały i łupów. Mozolnych, kosztownych, niszczycielskich dla ludu i królestwa. Walk, których nie chciał zaczynać, a których nie mógł skończyć. Był w pułapce.

W absolutnej ciemności swojego namiotu i ciszy nie czuł się władcą królestwa sięgającego setki dni konnej jazdy na wschód, zachód, północ i południe, nie był dowódcą liczącej pół miliona żołnierzy armii – największej, jaką widział świat. Był nieszczęśliwym, bezradnym człowiekiem, który zabrnął w sytuację, z którą nie potrafił sobie poradzić i bardzo, bardzo chciał być gdzieś indziej. Chciałby – ale ogromna masa wojska, w centrum której stał jego namiot oblegała go, więziła, niczym symbol obowiązków, które na siebie przyjął. Uniemożliwiała ucieczkę.

Przenikliwy chłód kąsający mimo sterty wyszywanych koców boleśnie przypominał, że tu, u progu gór już zaczyna się jesień. Wciąż cieszące się schyłkiem lata równiny poczują ją już za dwa, trzy tygodnie. Pół roku wojny. Na polach stoi niezżęte zboże, po lasach grasują bandy dezerterów i pospolitych bandytów, a De Drillac i jego poplecznicy coraz śmielej poczynają sobie na dworze. Wieśniacy, którzy powinni zbierać plony wykrwawiają się zdobywając kolejne wzgórza bez znaczenia, drużyny szeryfów zamiast wieszać bandytów na rozdrożach umierają w zasadzkach, eskortując wozy z zaopatrzeniem a jego osobista gwardia, która zawsze studziła nazbyt rozgrzane ambicje Starszych Rodów niknie w oczach, rzucana do boju tam, gdzie inni nie dają rady i ponosząca przez to po trzykroć wyższe straty.

Jeśli jesień dotrze na równiny przed nim i jego armią, kraj czeka zima głodu, przemocy, a prawdopodobnie też i wojny domowej. To oznacza, że ma najdalej trzy tygodnie na zakończenie tej wojny i powrót. Królem wstrząsnął dreszcz. Tyle tylko, że wygranie tej wojny w trzy tygodnie było niemożliwe.

Niemal czterysta tysięcy trzeciackiej piechoty chłopskiej, trzydzieści tysięcy żołnierzy z drużyn szeryfów, pięćdziesiąt tysięcy najemników i dwadzieścia tysięcy królewskiej gwardii przez pół roku walczyło o to, żeby odebrać Ludziom kilka pasm niewysokich, porośniętych lasem gór i kilkanaście dolin. Gdyby tylko rozpoczynając tą batalię zdawał sobie sprawę, do czego zdolni są Ludzie! Oczywiście, wiedział jak groźna jest ich dalekosiężna broń i jaką przewagę dają im te wszystkie cudowne urządzenia. Ale ich wszystkich było ledwie z pięćdziesiąt-sześćdziesiąt tysięcy, wraz z kobietami, dziećmi i starcami – jego armia powinna przetoczyć się po nich niczym fala przyboju, rozbijając w puch i ścierając w pył. Straty? Przewidywał, że będą duże. Ale cóż, jak to mówią, nie można zrobić kiełbasy nie zabijając świni. Gdyby wiedział, jak oni potrafią wykorzystać górzysty, porośnięty lasem teren! Jak perfekcyjnie robią użytek z szybkości poruszania się, zasięgu broni, znajomości terenu! Od samego początku wszystko szło nie tak. Nie było frontu, nie było wojsk przeciwnika, na które mógłby uderzyć. Wszędzie czekały zasadzki. Mógł zajmować i palić ich osady, ale wróg nie stawał do bitwy. Ludzie atakowali, zabijali dziesiątki jego żołnierzy i znikali. Jeśli nie szedł za nimi – wracali raz za razem uderzając z doskoku skrzydła lub tyły armii, niszcząc oddziały aprowizacyjne, wybijając patrole. Jeśli próbował ich ścigać, trafiał w najgęstsze leśne ostępy, labirynty skał, do jaskiń, gdzie przebycie każdego łokcia kosztowało życie tuzina żołnierzy, a gdy tych tuzinów padło już tyle, by skąpać całe miejsce we krwi, nieprzyjaciel znikał, zostawiając królewskich ze stosami trupów i pustymi rękami. A Ludzie niszczyli ich zapasy, zabijali dowódców, zatruwali wodę, podpalali obozy i rozpędzali konie. Każdy dzień rozpoczynał się od rachunku poniesionych nocą strat a kończył przygotowaniami do zmroku: spadających z nieba moździerzowych pocisków, niewidzialnych, przemykających niczym cienie między namiotami oddziałów morderców i zabójczych strzałów z daleka, usuwających z szeregów jego wojska tych, którzy jeszcze nie nauczyli się, że w ciemności nie wolno rozpalać ognia. Pół miliona żołnierzy nie było w stanie poradzić sobie z pięćdziesięcioma tysiącami Ludzi!

Tak, przybysze mieli swoje cuda. Ale kiedy zaczynał tę wojnę, nie przejmował się tym. Po jego stronie były smoki. Król wykrzywił się boleśnie. Smoki! Niepokonane, wieczne, potężne. Przeklęte, przeklęte smoki. To one chciały tej wojny. Nie, nie wojny. One chciały wyniszczenia Ludzi. Wybicia do ostatniego, bezlitosnej eksterminacji całej populacji przybyszów, którzy kilkanaście lat temu wyszli z dolin północnych gór. Oczywiście, on sam nie był bez winy – też nie pasowało mu to sąsiedztwo. Nie raz słyszał narzekania przedstawicieli miejskich rad, że Ludzie są bezkonkurencyjnymi rzemieślnikami i że ich towary wypierają z rynku wytwory rodzimych zegarmistrzów czy szewców. Po wielokroć czytał raporty wywiadu o niezwykłych pojazdach, cudownej broni i magicznych przedmiotach przybyszów i co tu kryć – wzbudzały w nim obawę podszytą nutą zazdrości. Jednak choć narastało w nim przekonanie, że kwestia Ludzi wymaga jakiegoś uregulowania i myślał o tym, jak włączyć ich górską enklawę do swojego królestwa, był przekonany, że można to osiągnąć na drodze dyplomacji. Na nieszczęście Ludzi – i jego samego – Wielka Królowa smoków uważała inaczej.

Królestwo łączył ze smokami pradawny sojusz. Tak pradawny, że w świadomości ludzi przetrwał już tylko w formie pieśni i opowieści. Sojusz! Jeśli wydarzenia o których mówiły legendy choć trochę przypominały współczesność, chodziło raczej o podporządkowanie królestwa woli smoków i wykorzystanie jego mieszkańców do ich pokrętnych celów. Zdecydowanie wolał czasy, kiedy smoki siedziały daleko, w górach, mając sprawy ludzi za niegodne ich uwagi a sojusz był tylko wspomnieniem przeszłości.

Jakże był głupi! Skusił się na obietnicę potęgi i władzy – tak, jakby już nie miał jej dość. Myślał o tym, że ze smokami u boku będzie niepokonany i że nikt mu się nie oprze, nie zastanawiając się wcale, czy on sam będzie mógł oprzeć się smokom. Głupi, głupi, głupi! I gdzie dziś jest ta jego potęga? Ta władza? Dziś jego kraj jest na skraju upadku, bo Wielka Królowa zapragnęła eksterminacji Ludzi. Tymczasem on tkwi tu, u stóp wysokich gór, gdzie skryli się przyparci do muru Ludzie i jest boleśnie świadom, czym skończyć się musi szturm. Jaki efekt da połączenie Ludzkich umiejętności, techniki ekstremalnie trudnego terenu i ostatecznej desperacji, w której nie ma już nic do stracenia. Setki, tysiące, dziesiątki tysięcy trupów. Spływające krwią żleby, zasypane ciałami jaskinie. Dni i noce bez wytchnienia. Pułapki wszędzie tam, gdzie się ich nie spodziewają. Ataki wszędzie tam, gdzie mogą uczynić najwięcej szkody. Śmierć, śmierć i śmierć – od ran, z głodu, z zimna, od spadających głazów i zatrutej wody. Tak, pewnego dnia jego zdziesiątkowana, przerażona i wyczerpana armia utrzymywana w całości jedynie strachem przed smoczym ogniem zdławi wreszcie opór. Kiedy to nastąpi, jego królestwo powiększy się o zimne, sięgające nieba niedostępne skały, a on będzie mógł triumfalnie powrócić  prowadząc ze sobą kilkaset tysięcy szalonych, chorych obszarpańców i inwalidów…  Niestety, kiedy nadejdzie ten dzień tak naprawdę nie będzie już do czego wracać…

Zostały mu nie więcej, niż trzy tygodnie, zanim straci wszystko to, co było dla niego drogie. Nawet zapominając, jak skończyłoby się to dla jego armii, uznałby za cud, gdyby zdobycie górskich bastionów Ludzi zajęło mniej, niż siedem tygodni. A to oznaczało, że nie ma wyboru. Nie było ucieczki.

Kiedy wylewająca się zza ostrych grani jasność  dotknęła szczytu namiotu a płótno zaczęło łopotać w powiewach porannej bryzy schodzącej ze zboczy otaczających dolinę gór, król był gotów. Być może to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobi dla swojego królestwa. Dla swoich dzieci. Być może ostatnia, ale właściwa. Nie czekając na przybycie służby zaczął się ubierać, próbując znaleźć odpowiednie słowa. Oczyma duszy zobaczył samego siebie, jak staje przed Wielką Królową i z pokornie spuszczoną głową mówi, że nie może dalej prowadzić tej wojny. Jak przekonuje ją, że wyparci do górskich kryjówek Ludzie przez zimę będą zmuszeni zużywać zapasy i wiosną, kiedy wznowi kampanię, ich los będzie ostatecznie przypieczętowany. Zobaczył, jak ona patrzy na niego z pogardą, jak w jej bursztynowozłotych oczach pojawia się rozkaz, by natychmiast przestał oddychać, a on nie mogąc zmusić swojego ciała do nabrania powietrza pada na ziemię, dusi się, szamoce w agonii, próbując powiedzieć coś jeszcze, może przekonać ją? Może przeprosić? Błagać o litość? Wreszcie umiera. Wzdrygnął się, ale nie przerwał ubierania. Nie, to nie musi się tak skończyć. Ma szansę.

Nim zdążył dokończyć sznurowanie nogawic usłyszał gwałtowny tętent kopyt a potem szybką wymianę haseł przed wejściem do swojego namiotu. Poła uniosła się i do środka wpadł, łamiąc wszelkie konwenanse, jeden z adiutantów jego sztabu. Słońce wzeszło tego dnia jeszcze raz – w miarę, jak żołnierz przekazywał wiadomość, w królewskim sercu unosiło się coraz wyżej i wyżej, zamieniając koszmarną noc w jasny, niosący nadzieję dzień. Tej nocy Ludzie dokonali kolejnego rajdu na obóz. Tym razem jednak, zamiast zwłok zostawili za sobą spisany na ich delikatnym, białym papierze list. List, w którym prosili o rozejm i negocjacje warunków kapitulacji.

<odpowiadając na pytania czytelników – tak, to opowiadanie dzieje się w tym samym uniwersum, co „Idąc ciemną doliną”>

Written by 5i50100

6 lutego 2013 @ 13:08

Co o tym sądzisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: