5i50100

Strona z moim pisaniem @ Konstanty Młynarczyk

Panny o czarnych rękach.

leave a comment »

Ciii… leż. To tylko ja, Mathilda. Nie poznałeś mnie? Hi hi… nic dziwnego. To czarne ubranie, zasłonięta twarz… Przepraszam, jeśli cię przestraszyłam. Dziwnie się czuję, wślizgując się do twojej komnaty przez okno, w środku nocy, ale tak bardzo potrzebowałam z tobą porozmawiać! Nie miałeś ostatnio czasu dla nikogo, nawet dla mnie… Nie, nic nie mów! Pamiętasz, jak dawno, dawno temu kładłam cię spać i siedziałam przy tobie, dopóki nie zasnąłeś? Zwierzałam ci się wtedy ze wszystkich moich problemów i radości. Opowiadałam najskrytsze sekrety. Proszę, poudawajmy dziś, że czas cofnął się o te kilkanaście lat. Że znów jesteś moim malutkim braciszkiem, a ja twoją dużą „Mildą”. Posłuchasz mnie, Jean? Proszę… Odwiedzam cię w ważnej sprawie, ale… Muszę się wygadać.

Tyle czasu cię nie widziałam. Tak się o ciebie martwiłam, tak czekałam… Nie masz pojęcia, jak tu się zrobiło pusto, kiedy ojciec i wy odjechaliście. Zostałyśmy tylko ja i Mirelle, bez żadnego wsparcia. I nie było nam łatwo…

Nie, to nie są wyrzuty. Dobrze wiem, czego wymaga od mężczyzny jego szlachetna krew i wiara. Wiem, co to honor i powinność. Byłyśmy przecież, pamiętasz, tylko dwie wśród was – czterech chłopaków. Bawiłyśmy się z wami, uczyłyśmy z wami – kiedy tylko udawało nam się uciec Starej Smoczycy od przędzenia lnu… hi hi.. Rozumiem cię więc doskonale. Sama żałowałam, że nie jestem mężczyzną. Chciałam jechać do Palestyny i walczyć w obronie grobu Pana. A Mirelle! Znasz ją, zawsze była rozrabiaką, większym nawet, niż Hugon. Omal nie pogryzła wszystkich dookoła, że nie może jechać z wami!

Odjechaliście. Opat Arnulf odwiedził nas potem kilka razy, tak jak obiecywał. Mówił, że teraz jesteśmy pod opieką Kościoła, że Pan, którego wojskiem jesteście, zatroszczy się o nas. Kiedy dziś o tym myślę, muszę przyznać, że się nie mylił.

Radziłyśmy sobie całkiem nieźle, choć nie było łatwo. W końcu na waszą wyprawę poszło całe srebro, jakie mogliśmy zebrać, a i tak ojciec musiał sprzedać część wyposażenia zamku i zadłużyć się u lichwiarza. Spłacamy ten dług do tej pory. Jeszcze raz – niczego ci nie wypominam. Pamiętasz, że sama przyniosłam ojcu naszyjnik. Wiesz, ten ze szmaragdami, który tak bardzo lubiłam… Chciałam, żebyś miał najlepszy miecz i najmocniejszą kolczugę. I żebyście nie przymierali głodem. Choć tyle mogłam ci dać, prócz mych modlitw. Więc, jak mówiłam, radziłyśmy sobie całkiem nieźle. Do czasu.

Okazja czyni złodzieja, mówią. Podobnie okazja czyni rabusia i bandytę. A trudno o lepszą okazję, niż kraj ogołocony z dzielnych, silnych mężczyzn. Zostali tchórze i łajdacy, nie mający Boga w sercu. Cóż to dla takiego za problem, zebrać wokół siebie setkę szumowin, a potem dalejże, palić i rabować! Żaden, prawda?

Kiedy nadeszły wieści o spaleniu i rzezi Saint-Laurent-de Neste, miałyśmy jeszcze nadzieję, że banda, która tego dokonała pójdzie dalej głównym traktem, w kierunku Tarbes. Ale nie. Już kilka dni potem usłyszałyśmy o zniszczeniu Heches, potem o mordach i gwałtach w Sarrancolin, a potem… potem same mogłyśmy oglądać z murów dymy płonących obejść Arreau. Byłyśmy przerażone. Mirelle miotała się, na przemian chcąc uzbrajać czeladź i szykować zamek do oblężenia albo zbierać wszystko i uciekać, gdziekolwiek, byle dalej. Och, nie, nie patrz tak na mnie. Oczywiście, wiem, jak to wygląda z męskiego punktu widzenia. Z punktu widzenia wojownika. Solidne, kamienne mury, mocna brama, fosa – sucha co prawda o tej porze roku, ale dość głęboka. Własna studnia, zapasy w piwnicach. Zebrałoby się ze trzy dziesiątki czeladzi i okolicznych chłopów potrafiących się posłużyć siekierą, długim nożem albo łukiem. Ty byś się tu mógł bronić miesiącami, czyż nie? Ale nie my. Zrozum, dwie kobiety i dwa tuziny czeladzi przeciw przeszło setce zaprawionych w rabunkach i mordach, uzbrojonych i w sporej części opancerzonych mężczyzn? Byłyśmy przerażone, Jean…

I wtedy przypomniała mi się zasłyszana niedawno pieśń, w której krzyżowcy oblegli twierdzę tak, że nie miała ona szans na przetrwanie do nadejścia odsieczy. Proponują kapitulację, zamek nie poddaje się jednak, a nocą do obozu rycerzy Chrystusa wkradają się assasini z gór i zabijają wodza wojowników Pana, którzy przerażeni tym, co się stało kłócą się i oskarżają nawzajem, aż wreszcie odstępują. Powiedziałam Mirelle, że przydaliby nam się tacy assasini, ani myśląc, co mówię. Wyobrażasz sobie, jak się zdziwiłam, kiedy ona popatrzyła na mnie z zainteresowaniem i powiedziała „Pomysł nie jest zły. Tyle, że nie mamy do dyspozycji saraceńskich zabójców – dwie francuskie dziewczyny będą musiały wystarczyć.”

Rozumiesz? Chciała, żebyśmy my dwie wkradły się do obozu grasantów i zabiły ich wodza. My! To było szaleństwo, braciszku. Dosłownie. Dziś myślę, że zrodzona ze strachu desperacja musiała do reszty pozbawić nas rozsądku, bo kto przy zdrowych zmysłach zdecydowałby się, ba, wymyślił taki plan!? Byłam pewna, że zginiemy obie – złapią nas i będą gwałcić i dręczyć ku swej uciesze, aż nas śmierć wybawi. Po prostu wiedziałam, że to się nie może udać. I wiedziałam, że Mirelle nigdy, przenigdy mnie na to nie namówi.

Poszłyśmy we dwie, nocą. Ubrane na czarno, z twarzami i rękami wysmarowanymi węglem. Bóg zrządził, że zaczęło padać i nasz „kamuflaż” błyskawicznie zmienił się w arabeskę czarnych zacieków na bladej skórze… Wyglądałyśmy jak potępieńcy z dna piekieł. Tyle zostało z mojego pomysłu żeby lepiej wtapiać się w ciemności. Okazało się jednak, że nie potrzebowałyśmy czarnych twarzy, żeby ominąć straże –  miałyśmy po naszej stronie coś jeszcze.

Pamiętasz babkę Claudette? Nie, chyba nie… Wydaje mi się, że Pan zabrał ją, zanim wyrosłeś na tyle, żeby móc ją zapamiętać. Szczerze mówiąc, nie masz czego żałować. Mieszkała w południowej komnacie, tej na końcu korytarza i odkąd pamiętam, nigdy się z niej nie ruszała. Była przykuta do łóżka chyba jeszcze zanim się urodziłam, musiała mieć ze sto lat! Wyobraź sobie, że kazała zasłonić wszystkie okna ciężkimi kotarami i nie pozwalała ich uchylić choćby o cal, nawet w najbardziej upalne dni. Służba opowiadała sobie o niej niesamowite historie i wszyscy starali się jak mogli, żeby nie musieć wchodzić do jej pokoi. Mówili, że tym, którzy ją rozzłościli przytrafiały się różne złe rzeczy… Że umierali. Babka wydawała się nie interesować nami, a my znaliśmy ją tylko ze strasznych opowieści podsłuchanych w izbach służby. No więc, możesz sobie wyobrazić, jak się czułam, kiedy pewnego wiosennego dnia po śniadaniu Smoczyca nie pozwoliła mi iść bawić się z chłopakami i Mirelle, mówiąc, że lady Claudette chce mnie widzieć. Kiedy dotarło do mnie, kogo ma na myśli, wpadłam w takie przerażenie, że biedaczka musiała mnie niemal siłą zaciągnąć do naszych komnat. Zupełnie odrętwiała dałam się umyć, przebrać w odświętne ubranie, uczesać i poprowadzić przez tamten korytarz, aż do wielkich, okutych żelazem czarnych drzwi. Smoczyca, która wydała mi się wtedy uosobieniem dobra i bezpieczeństwa coś mi jeszcze tłumaczyła niespokojnym szeptem, popychając mnie do środka, ale ja nie słyszałam nic – tylko szaleńczy łomot swojego serca.

Byłam w środku niemal do nony, sama ze starą kobietą, która patrzyła na mnie niesamowicie zielonymi oczami, mówiąc coś cichym i wysuszonym, ale zadziwiająco głębokim, władczym głosem. W ciemności rozjaśnionej tylko płomykami dziwnie pachnących świec usłyszałam rzeczy, nie mieszczące się w głowie dziecka, które oglądało dopiero szóstą wiosnę. Coś o przeznaczeniu. O czerni. O dniach, kiedy trzeba będzie wziąć grzech na swoje ręce, aby ocalić niewinność. Mam wrażenie, że babka mówiła raczej do siebie, niż do mnie. A może do jeszcze kogoś innego, ukrytego w mroku i cieniach? Nie wiem. Potem zaczęła mówić coś, co brzmiało jak dziwna modlitwa. Miało niezwykłą, wewnętrzną melodię i chociaż nie zrozumiałam z tego ani słowa, czułam że to coś bardzo, bardzo ważnego. Babka kazała mi nauczyć się tych słów na pamięć. Tam, od razu, natychmiast. Odrętwiała, nie mogąc uciec oczami przed jej spojrzeniem, powtarzałam raz za razem skomplikowane frazy. Do skutku.

Niezwykła jest pamięć dziecka. Ledwie wyszłam za jej drzwi i ogarnęło mnie ciepłe słońce południa, ledwie poczułam zapach trawy i nagrzanego drewna, przeżycie ciemnego pokoju, zielonych oczu starej kobiety i niezwykłych słów zeszły na dalszy plan. Nim nadszedł zmierzch, przestałam zawracać sobie głowę tamtym przedpołudniem, a przed następną niedzielą wszystko zniknęło z moich myśli, jakby nigdy się nie zdarzyło.

Kilkanaście lat później, idąc nocą wraz z Mirelle przez szare kurtyny lejącej się z nieba wody przypomniałam sobie tamten dzień. Przypomniałam sobie babkę, jej świetliste oczy, jej głos i tamten wiersz-modlitwę. Szum kropel tłumił każdy odgłos, sprawiał, że nawet my ledwo widziałyśmy się nawzajem. Deszcz był ciepły, ale pamiętam, że zaciskałam dłoń na rękojeści noża i dygotałam. Wokół nas obóz spał dusznym, niespokojnym snem, a ja drżącym głosem szeptałam słowa z dzieciństwa. Szeptałam… szeptałam…

Wodza bandy, Gastona zwanego Kundlem, znalazłyśmy w największym namiocie. Chrapał. Wielki mężczyzna, półnagi, zarośnięty. Leżał w zmiętej pościeli, pośród opróżnionych butli po winie. A obok niego… Obok niego leżała kobieta. Jedyny palący się w namiocie ogarek oświetlał jej jasne loki, miękkie kształty, gładką skórę… Tego nie przewidziałyśmy! Mirelle wmawiała mi potem, że to moje niedopatrzenie, bo ja obserwowałam obóz, sprawdzając, do którego namiotu mamy się dostać. Głupia! Sama powinna wpaść na to, że on nie spędza nocy samotnie, skoro ma tyle ciągnących za bandą dziwek do dyspozycji! Byłam bliska paniki. Spojrzałam na Mirelle i w jej oczach dostrzegłam przez chwilę odbicie swojego przerażenia i dezorientacji. Ale tylko przez chwilę. Potem moja siostra pokazała śpiącą dziewczynę i przesunęła ręką po gardle, wskazując siebie. Załatwi ją. Kiwnęłam powoli głową. Wtedy Mirelle zrobiła to, czego się bałam – pokazała wodza grasantów, powtórzyła gest podrzynania gardła i wskazała na mnie. To nie tak miało być! Ja przecież miałam ją tylko wspierać! Nie dała mi czasu na protest. Na odwrót, ucieczkę, do której byłam już gotowa. W dwóch krokach była przy śpiących. Zdążyłam tylko zająć miejsce po drugiej stronie barłogu i unieść nóż, kiedy złapała za śliczne, puszyste włosy dziewczyny, poderwała jej głowę do góry i szybko, jednym ruchem przecięła gardło. Uderzyłam z całej siły w pierś Gastona, tam, gdzie powinno być serce. Potem… wiele rzeczy działo się naraz. Dziewczyna umierała w straszny sposób, topiąc się we własnej krwi, krztusząc, kopiąc nogami i miotając bezwładnie. Rozpaczliwie walcząc o powietrze. Bezskutecznie próbując palcami tamować bluzgającą wokół czerwień. Zgięta w pół Mirelle rzygała nie mogąc się opanować. A on poderwał się bełkocząc coś, kompletnie zdezorientowany, wpół jeszcze pijany. Podniósł ręce do piersi i odruchowo złapał za rękojeść noża, próbując go wyrwać. Ale ostrze siedziało mocno, wbite w jego… żebro. Nie uśmiechaj się pod wąsem! Do diaska, jestem kobietą, byłam słaba i przerażona! Ciekawa jestem, jak to było, kiedy ty pierwszy raz zabiłeś człowieka – chociaż, pewnie nawet tego nie zauważyłeś, zostawiając trupa, wraz ze złomkiem twojej włóczni gdzieś za sobą podczas szarży… Gdybyś był na naszym miejscu, rzygałbyś jak Mirelle! Albo zamknął byś oczy uderzając nożem, jak ja…

Myślę, że to moja upiorna, wymazana węglem twarz kupiła mi życie. Gaston nie wrzasnął na alarm, nie chwycił za broń. Wydał z siebie coś pośredniego między skowytem a jękiem i rzucił się w tył, spadając z barłogu obok drgającego jeszcze ciała swojej kochanki, prosto w kałużę jej krwi. Coś we mnie pękło. Przestałam się bać, byłam wściekła. Chciałam go zabić za to, że tu jestem, za to, że była tu ta dziewczyna, za to, że Mirelle zabiła ją, a ja muszę zabić jego. Rzuciłam się na niego jak furiatka, bijąc pięściami, drapiąc po twarzy. Próbował coś mówić, odepchnąć mnie, ale miałam w sobie siłę jaka daje szaleństwo… Pamiętam, że w pewnym momencie poczułam pod ręką coś twardego. Chwyciłam to odruchowo, i uderzyłam, a to weszło w jego ciało miękko i łatwo. Nie myśląc nawet uderzyłam jeszcze raz, a potem jeszcze i jeszcze… Byłam szalona, wszystko zasłaniała mi różowa mgła… Ciekawe, że teraz doskonale pamiętam wyraz jego oczu, kiedy raz za razem wbijałam w niego należącą pewnie do tamtej dziewczyny żelazną szpilę do włosów. Bezbrzeżne przerażenie. Ból. Błaganie… Wtedy nie widziałam nic. Mirelle musiała mnie odciągnąć od zakrwawionego, podziurawionego truchła i siłą wystawić na zewnątrz.

Wracałyśmy przez deszcz, zdziwione, że nikt nie podnosi alarmu. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, że słowa, których nauczyła mnie babka Claudette były czymś więcej, niż tylko modlitwą w obcym języku – a jeśli już, to były modlitwą niezwykle skuteczną. Wtedy jednak nie myślałam o tym. Szłyśmy nie próbując nawet kryć się czy skradać. Nie wiem co czuła moja siostra, ale mi było już  wszystko jedno. Przemoczona, dygocząca, cała we krwi i węglu – chciałam umrzeć. Albo chociaż spać…

Uwierzysz? Aż do rana nikt nawet nie zauważył, że coś się stało! Wieśniacy opowiadali potem, że zakrwawione, zmasakrowane zwłoki Gastona i jego kochanki wzbudziły popłoch wśród grasantów. Mówili, że ciała były miejscami poczerniałe, jakby od ognia czy węgla, a stężała twarz ich zabitego szpilą do włosów wodza wyrażała absolutne przerażenie. Wokół znaleziono czarne odciski dwóch par drobnych, kobiecych dłoni. Banda w rozsypce uciekła długo przed nastaniem kolejnej nocy.

Gdyby mi ktoś opowiadał, co zdarzyło się dalej, nigdy bym nie uwierzyła. Wyolbrzymione i uzupełnione domysłami i fantazjami opowieści o wydarzeniach tamtej nocy rozeszły się błyskawicznie, tak że już trzy niedziele później przejezdny minstrel zaśpiewał nam wcale zgrabną pieśń sławiącą dwie święte dziewice o czarnych rękach, sprowadzające przerażającą śmierć na każdego, kto krzywdzi niewinnych. Mirelle siedziała blada i wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć, ale mi starczyło sił by zapytać, czy wiadomo, kim są owe dziewice. „Oczywiście!” odpowiedział minstrel, a mi serce nieomal stanęło w piersi. „To święta Batylda i święta Galla, patronki uciśnionych.” Och, gdybyś widział jego urażoną minę, kiedy próbowałam opanować napad histerycznego śmiechu! Mam nadzieję, że srebrna marka, którą wcisnęła mu na odchodnym podobnie jak ja wpół-przerażona, wpół-rozbawiona Mirelle choć trochę poprawiła mu humor…

Dziękuję ci Jean, że dajesz się wygadać swojej trajkotliwej siostrzyczce. Zawsze miałeś dla mnie cierpliwość – nad wiek poważny chłopiec, silny i odważny, ale o wielkim sercu. Takiego Cię zapamiętałam, braciszku. Za takim tęskniłam. Jeszcze trochę pogadam, dobrze? Potrzebuję tego… Postaram się nie zanudzić cię na śmierć.

Tak więc minstrele śpiewali o Batyldzie i Galli (lub o Angelice i Sofii, w innej wersji), które nazwali z iście poetycką wyobraźnią: Noir – Czerń. Tymczasem jednak nasz majątek to mały światek, w którym nic się nie ukryje. Wieśniacy od początku wiedzieli, komu zawdzięczają bezpieczeństwo, całość swojego szczupłego mienia, a pewnie i życie Kiedy pojawiałyśmy się w naszych wsiach, wszyscy padali na kolana. Mężczyźni przynosili nam sierpy, a kobiety nowo narodzone dzieci, byśmy je pobłogosławiły. Błagali, żeby dotknąć odrzwi ich domów, by pobłogosławić studnię, plony, bydło… Byłam oszołomiona. Powoli czułam, jak budzi we mnie jakieś nowe uczucie – to była odpowiedzialność. Odpowiedzialność za ludzi, którzy nie mają innej opieki. Wiesz, zrobiłyśmy z Mirelle to, co zrobiłyśmy ze strachu o siebie. Oczywiście, myślałyśmy to tym, że grasanci wymordują ludzi i zniszczą wieś, ale to nie było coś, co nie dawałoby nam spać. Teraz jednak pojęłam, jak poważny obowiązek spoczywał na ojcu, a teraz spoczywa na nas. Byłyśmy władczyniami tych ludzi. Bóg chciał, żeby oni pracowali na nas, służyli nam każdą chwilą swojego życia. Ale my w zamian byłyśmy zobowiązane ich chronić, zapewnić im opiekę i obronę. Jak miałyśmy to zrobić? Chyba tylko tak, jak już raz zrobiłyśmy.

Ale widzisz… Nie wdrapałam się tu tylko po to, żeby opowiedzieć ci, jak twoje siostry zostały bohaterkami pieśni, Noir – świętymi zabójczyniami. Chciałam porozmawiać też o tobie, braciszku.

Pojechałeś będąc jeszcze chłopcem, wróciłeś jako mężczyzna. Pojechałeś jako czwarty syn – wróciłeś zaś dziedzicem tego zamku, tej ziemi. Nie masz pojęcia, jak bardzo cieszyłam się, że wracasz! Oczy miałam pełne łez po ojcu, Gotfrydzie, Hugonie i Ludwiku, ale na twarzy uśmiech, że ty, właśnie ty ocalałeś!

Wiem, że przywiozłeś z Lewantu krwawe sny i ponure doświadczenia rzezi i grabieży, pamięć łatwego łupu i łatwość przelewania krwi. Czy wiesz jak lud tłumaczy sobie, czemu Noir to „panny o czarnych rękach”? Mówią, że brudzimy dłonie grzechem, zabijając ludzi. I nieważne, że czynimy to w słusznej sprawie. Grzech to grzech, śmierć to śmierć. Wiem, miało być o tobie. Chciałam powiedzieć, że my tylko ręce mamy czarne. A ty masz czarne serce.

Z Palestyny powróciłeś bezwzględnym zabójcą, odbierasz życie tak łatwo, jakbyś kroił chleb. Ale żeby tylko… Powiedz, przyznaj się, podnieca cię ich strach, prawda? Przerażenie i bezradność ludzi, których zabijasz. Słyszałam o rzezi Antiochii. Byłeś tam, wiem. Ty i twoi „żołnierze”. Nie patrz tak na mnie… naprawdę nie miałam i nie mam ci za złe tego co tam robiłeś. Dorośli, twardzi mężczyźni tracili rozsądek i zmysły z chciwości i nienawiści, odkrywali w sobie bestię. Jak miałeś tam przetrwać nieskalany ty, któryś ledwo zaczął się golić? Ale mam ci za złe, że stchórzyłeś potem. My dwie niesiemy nasz krzyż odebranych żywotów w imię obowiązków i powinności. Ty porzuciłeś powinność, zawróciłeś z krętej, kamienistej ścieżki do Jeruzalem i zebrawszy kilku podobnych sobie wybrałeś prosty gościniec powrotu. Wróciłeś – ale nie po to, żeby zająć miejsce ojca i przyjąć jego obowiązki. Wróciłeś, bo tu mogłeś bezkarnie robić to, czego nauczyłeś się tam – rabować, palić, gwałcić i zabijać. Wiesz, ty i twoi żołnierze staliście się postrachem okolicy. Przerażający i znienawidzeni. Tak, widzę po twoich oczach, że wiesz. I że wcale cię to nie wzrusza. Och, Jean… dlaczego, dlaczego?!

Gdybym tylko mogła porozmawiać z tobą wcześniej! Poprosić, wyjaśnić! Ale ty mnie nie chciałeś słuchać. Widzisz, musiałam zaskoczyć cię we śnie, w twojej własnej komnacie, żebyś raczył poświęcić mi trochę uwagi! Tak bardzo się zmieniłeś. Jean… Mirelle powiedziała, że powinnyśmy cię zabić. Że Noir powinna cię zabić. A ja wciąż chciałam widzieć w tobie chłopca, którym się opiekowałam. Towarzysza zabaw. Przyjaciela… Mojego braciszka. Ale tak bardzo się zmieniłeś. Za bardzo.

Wiem, wiem. Okrucieństwo jest względne. Wieśniacy są po to, żeby pracować, a rycerze po to, żeby walczyć. A krew nie woda. Racja. Ale są pewne granice, braciszku. Wieśniacy są po to, żeby pracować – nie umierać w mękach, być traktowani jak zwierzęta. Rycerze są po to, żeby walczyć – ale nie z bezbronnymi, tylko w obronie słabych. Myślałam, że to rozumiesz.

Tak mi przykro, Jean. Tak mi przykro… Muszę już iść. Mirelle daje sygnał, że czas znikać. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś braciszku. Tak bardzo potrzebowałam powiedzieć ci co mi leży na sercu, ten ostatni raz. Jak za dawnych czasów. Wychodzę, nie zatrzymuj mnie. Śpij. Odpoczywaj spokojnie, już nie będę cię niepokoić.

Acha… jeszcze jedno. Ta szpila… tak – ta, którą wbiłam ci w serce, zaraz jak tylko tu weszłam – ona musi zostać tam, gdzie jest. Na znak, że Noir zawsze wypełnia swoje obowiązki.

Written by 5i50100

18 marca 2012 @ 12:16

Co o tym sądzisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: