5i50100

Strona z moim pisaniem @ Konstanty Młynarczyk

Pani piękna jak świt

leave a comment »

Zapadał zmrok, nadchodziła noc – czas marszu. Jak co dzień, ognisko było zbyt małe i zbyt głęboko wkopane w ziemię, żeby można było się przy nim ogrzać czy ugotować zupę. Niewielkiego płomienia ledwie starczało, żeby przygotować dla wszystkich ciepły, ziołowy napar pomagający utrzymać koncentrację, zwalczyć senność i przemożne zmęczenie. Powtarzali ten rytuał wieczór w wieczór od niemal dwóch tygodni, kiedy to po raz ostatni spali bez wart, bez strachu o życie w zamaskowanej bazie w górach Ered Lithui, na skraju bezpiecznego Mordoru. Teraz, jeśli chcieli żyć, musieli być nieustannie czujni. A żyć chciał każdy z nich. Jeśli nie długo i szczęśliwie, to przynajmniej tyle, żeby wykonać zadanie.

Wciąż na wpół zagrzebany w maskujących jego legowisko liściach i gałęziach Faramir odruchowo zlustrował wzrokiem swój oddział – żałosną zbieraninę kilkunastu ludzi, orków i krasnoludów. W zapadających powoli ciemnościach wyglądali jak ponure, szare cienie – jak duchy bezgłośnie celebrujące jakiś skomplikowany rytuał. Kubek parzył dłonie, ale jego ciepło nie było w stanie przegnać dojmującego chłodu z przemęczonych mięśni a orzeźwiający aromat athelas nie potrafił odgonić gorzkich myśli.

Kiedy wyruszali, Saruman, jedyny wciąż wolny i mający moc członek Białej Rady nazwał ich ostatnią nadzieją wolnego świata. Jakaż z nich nadzieja?! Resztki – ogryzione i wyplute odpadki. Niedobitki z setki bitew. Nie, nie bitew. Z setki rzezi – bo właśnie tak kończyły się wszelkie próby powstrzymania Jej armii. Nieliczni ocaleni z setki bezlitosnych, niekończących się polowań na ludzi, jakie nastąpiły po klęsce. Zaszczuta zwierzyna. Ale ta zwierzyna wciąż jeszcze ma kły i pazury. Nawet, jeśli zamiast nadziei została jej już tylko rozpacz i desperacja.

Dość. Faramir parząc gardło dopił napar i ze sprawnością zdradzającą lata leśnej praktyki zabrał się za zwijanie swojego ekwipunku. Był dowódcą, a to oznaczało obowiązki. Musiał dawać przykład, musiał podtrzymać ich na duchu. Tak, obowiązki. Powinności. Brzemię, które musiał nieść, gdziekolwiek pójdzie. Chociaż Biała Wieża upadła, choć niedobitki jego ludu pospołu z resztkami Rohirrmów, krasnoludami i orkami ukrywały się jak szczury wśród wulkanicznych skał Mordoru, od śmierci ojca był ich władcą i miał obowiązek chronić swych poddanych za wszelką cenę. Faramir, syn Denethora, syna Ectheliona. Namiestnik nieistniejącego królestwa.
Był gotowy jako jeden z pierwszych, mógł więc spokojnie obserwować, jak jego żołnierze kończą przygotowania i już pod osłoną nocnych ciemności, lecz wciąż bez najmniejszego hałasu formują ubezpieczony szyk marszowy. Faramir uśmiechnął się lekko. Fakt, że wciąż jest dobry sprawił mu przyjemność – podobnie jak świadomość, że kompletując oddział z istot różnych ras postąpił słusznie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni bezustannych, morderczych marszy, ciągłego krycia się po krzakach, jedzenia racji polowych, stałego zagrożenia życia i krańcowego napięcia nie usłyszał nawet słowa skargi. I to nie tylko od tych, których wartości był pewien – trójki zwiadowców z jego własnego, dawnego oddziału oraz czterech orków należących do stacjonującego niegdyś w Kirith Ungol pułku jegrów. Sprawdzili się wszyscy. Mimo zmęczenia, głodu i niewyspania, mimo dzielących ich różnic, połączeni jednym celem działali sprawnie i szybko, tworząc zgrany zespół doskonałych wojowników. Śmiertelnie groźny, bo pełen wiary, że jest coś, dla czego warto nawet zginąć. Namiestnik bez stolicy uśmiechnął się znowu, tym razem drapieżnie. Tak, ta zwierzyna może jeszcze ugryźć! Mają kły, mają pazury, mają gniew! Ach… Tak. No i mają tajną broń. Aragorna.
Pamiętał dobrze ich pierwsze spotkanie, wkrótce po Wielkiej Klęsce na polach Anorien. Prowadził w Ithilien i na linii Anduiny walki opóźniające, osłaniając rozpaczliwą ewakuację ocalałych mieszkańców Minas Tirith do Minas Morgul i dalej, za bezpieczną chwilowo rubież Gór Cienia, kiedy jeden z patroli przyprowadził do niego kogoś, kto uparcie żądał widzenia z namiestnikiem. Przed Faramirem stanął obszarpany, skrajnie wychudzony człowiek o zapadniętych, płonących oczach i trzęsących się rękach, twierdząc, że umknął z Jej niewoli. Tak, z Jej niewoli! A to był dopiero początek rewelacji. Już w bazie wypadowej Henneth Annun, nakarmiony i ubrany, nieznajomy opowiedział swoją historię – tak nieprawdopodobną, że najpierw nikt mu nie uwierzył. Prawie nikt. Faramir słuchał uważnie, kiedy przybysz mówił o Gandalfie Szarym, radzie w Rivendell, drużynie pierścienia. Zachował kamienną twarz na wieść o legendarnym mieczu i tym, kim jest noszący go człowiek – ten sam, który siedział przed nim, po drugiej stronie stołu. Pozostał niewzruszony podczas opowieści o heroicznych zmaganiach w ciemnościach Morii. Nie dlatego, żeby opowieść ta nie robiła na nim wrażenia – po prostu wszystko to słyszał już wcześniej. Słuchał uważnie, bo każde słowo obcego – Aragorna – które zgadzało się z historią opowiedzianą młodemu namiestnikowi przez jego mentora, Gandalfa Białego, potwierdzało, że ten człowiek mówi prawdę. Dlatego kiedy przybysz skończył, ostatni obrońca Gondoru był pewien, że wreszcie wie, jak doszło do tego, że Galadriela założyła Jedyny Pierścień. Że wie, jak rozpoczęła się ta straszliwa wojna. I co ważniejsze, jak ją można zakończyć.
Faramir od dawna rozumiał, że nie zdoła zebrać armii, która mogłaby w polu stawić czoła Galadrieli, Władczyni Jedynego Pierścienia. Była piękna i straszliwa jak świt, uderzyła nagle, kiedy wszyscy szykowali się do odparcia spodziewanego najazdu Czarnego Władcy i błyskawicznie okazała się o stokroć od niego groźniejsza. Wobec kierowanych jej żelazną wolą i potęgą Pierścienia Władzy armii elfów, a potem również zniewolonych ludzi nikt nie mógł się ostać. Pierwszy padł Isengard, a Saruman ledwo zdołał ujść z życiem – następne spłonęło Edoras, a już parę dni później elfie armie zdobyły Helmowy Jar, gdzie schronili się uchodźcy z Riddermarchii. Wyrżnęły ich do ostatniego – nie robiąc wyjątków ani dla kobiet, ani dla dzieci. A potem… Potem była Wielka Klęska. Pola Anoriem wciąż jeszcze są czerwone od krwi gondorskich żołnierzy i ich mordorskich sojuszników. Denethor poległ – Gandalf Biały został pokonany, a jego laska złamana. Po tej bitwie Zachód przestał się liczyć, tak jako siła militarna, jak i organizm państwowy. Faramir pozostał ze spuścizną w postaci iluzorycznej władzy nad dogorywającym krajem i jedyne, co mógł zrobić, to prowadzić wojnę partyzancką, starając się ocalić jak najwięcej ludzi.
Aragorn, syn Arathorna był jego szansą. Jedyny, który zdołał uciec Czarownicy ze Złotego Lasu. Jedyny, który widział Caras Galadhon i mógł o tym opowiedzieć. No i miał Narsila – ostrze, które już raz zdołało pokonać Władcę Pierścienia. Plan, szaleńczy, niemożliwy, samobójczy plan stał się wreszcie realny, oferując szansę zwycięstwa – maleńką jak ziarenko piasku, ale mimo to zdolną natchnąć serca otuchą. Wiatr nareszcie się zmienił.
I oto są. Oddział ludzi, orków i krasnoludów, ochotników, z których każdy przeszedł przez swoje własne piekło wycieńczenia, głodu i strachu, przezwyciężył zwątpienie i lęk, aby dotrzeć tu – zaledwie jedną noc marszu od granic Lorien. Byli gotowi. Znali na pamięć lokalizację wszystkich obiektów, znali swoje zadania. Każdą fazę ataku, każdy wariant ćwiczyli dziesiątki razy na zbudowanej w Mordorze makiecie. Wielu z nich zginie. Może wszyscy? Ale jeśli osiągną cel, jeśli umożliwią dziedzicowi Isildura niosącemu Narsila, przekutego na nowo przez Czarnego Władcę w ogniu Szczelin Zagłady dotarcie do Wiedźmy – Galadrieli – to ich ofiara nie pójdzie na marne. Faramir widział w ich oczach determinację i zdecydowanie, przyćmiewające tak naturalny przecież strach przed śmiercią i wiedział, że to samo odbija się w jego własnej twarzy. Będą walczyć, walczyć aż do końca.
Ale koniec przyszedł inaczej, niż się spodziewali. Cicho i niepostrzeżenie. Bez szczęku mieczy, świstu strzał i bojowych okrzyków. Jeden po drugim zaczęli osuwać się miękko, bezwładnie na ziemię, jak marionetki, których animator postanowił zrobić sobie przerwę. Kiedy Faramir poczuł ogarniające go odrętwienie było już o wiele za późno na jakiekolwiek przeciwdziałanie – ostatni namiestnik Gondoru zapadł się w czarną przepaść śmierci z gorzką świadomością, że przegrał.
* * *
Aragorn nienawidził siebie tak głęboko, jak tylko nienawidzić się może człowiek, który z pełną świadomością i premedytacją zamordował przyjaciół. To było takie proste… Takie proste! Wystarczyła kropla elfie trucizny w każdym z kubków. To było takie proste, bo oni mu zaufali. Miał ochotę zabić się. A raczej, miałby, gdyby nie to, że był niesamowicie, nieludzko wręcz szczęśliwy… Klęczał stóp Pani Światła, tej, którą kochał nad wszystko, a ona zaszczycała go swoim uśmiechem! W jej spojrzeniu było wszystko, czego pragnął – zadowolenie z jego wiernej służby, aprobata, ciepło… Wszystkie te dni i noce, kiedy w samotności i rozpaczy walczył ze sobą, przygotowując się, żeby spełnić Jej wolę, kiedy tęsknił i śnił o Niej, teraz były nieważne. Teraz odbierał nagrodę od swojej Pani. Już zawsze będzie przy Niej. Kocha ją jak świat. Jak życie. Nie, bardziej, bardziej! Kocha ją. Będzie zawsze gotowy, zawsze niosący pomoc, zawsze wierny! Będzie ją chronił. Wykona każdy rozkaz, nawet najstraszliwszy… Bo ona jest całym jego życiem, światłem i powietrzem. Patrzył w jej oczy przez łzy szczęścia, szepcząc słowa płynące z głębi serca, a ona uśmiechała się do niego, tylko do niego.
A potem odwróciła się, by odejść. Odwróciła się tak pięknie, tak wdzięcznie! Tak wspaniale się odwróciła! Jego Galadriela. Jego Pani. Ale… Odwróciła się? Odchodzi. Bez niego…?
I wtedy Aragorn zrozumiał nagle, że nie będzie żadnego „na zawsze”, że od tej pory czeka go już tylko ciemność i tęsknota. Że zrobił swoje i odebrał nagrodę, a teraz będzie musiał żyć jak inni, z dala od światła Pani, mogąc tylko marzyć o jej uśmiechu i spojrzeniu. A on kochał Ją tak bardzo!
Nie zdążyła nawet krzyknąć, kiedy jasna klinga Narsila odcięła jej głowę.
Jego Pani! Jego – i niczyja więcej!

Co o tym sądzisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: